piątek, 9 października 2009

Franz Dreadhunter


MIJA MY SIĘ



Franz Dreadhunter (FDH)- muzyk, kompozytor i producent od 30 lat obecny na polskiej scenie muzycznej. Współtworzył i występował w takich zespołach, jak The Rolling Red Shit, Martwy Fiolet, Dupą (Piotr Marek), Ąpud (jako twórca undergroundowej akcji muzycznej), Deuter ( Kelner Paweł Rozwadowski), Tilt (Tomasz Lipiński), Pudelsi (Kora), PRL (Rafał Kwaśniewski), Homo Twist (Maciej Maleńczuk), Bajm (Beata Kozidrak), Chłopcy z Placu Broni (Bogdan Łyszkiewicz). Od 1985 roku do dzisiaj związany z Andrzejem Bieniaszem i zespołem Pudelsi.

W 2000 roku wraz z realizatorem Robertem Nastalem i przyjacielem Jerzym Tyndlem zakładają studio 3akram, w którym powstają z powodzeniem wszystkie produkcje związane z Pudelsami i innymi zespołami.

Franz należy do osób lubiących dobrze się zabawić, kolekcjonuje doświadczenia i emocje, kocha samochody, podróże, robi zdjęcia, uwielbia zimne kobiety. Znak zodiaku – Ryba.


***

AGNIESZKA BARANOWSKA: Czy mogę powiedzieć, że płyta „Madame Castro” powstała w Twoim ogrodzie?

FRANZ DREADHUNTER:Wszystkie ostatnie nowożytne płyty Püdelsów powstawały u mnie w ogrodzie.


Czyli w 3akramie. 3akram to Twoje centrum świata?

- 3akram to moja kula u nogi, miejsce, w którym muszę spędzać większość roku. Mam do niego tak blisko, że aż mnie to czasami męczy. Wiecznie jacyś ludzie, zawsze coś się dzieje, ale bez niego nic by nie było, nic by się nie działo, stalibyśmy w miejscu.

Własne studio to zupełnie inny komfort pracy.

- Duży komfort, to prawda, ale jest też parę wad. Czas przecieka przez palce, to co inni robią w trzy dni my często robimy miesiąc. Teraz zamierzam wprowadzić zupełnie inny system pracy. Ostatnio zdarzyło nam się zrobić dwie piosenki w parę dni, bo mieliśmy ciśnienie. Bez ciśnienia trwałoby to co najmniej miesiąc, a może nawet piosenki te przezimowałyby.


Przynajmniej masz z pracy blisko na obiad.

- Na obiad blisko, tylko często nie mam apetytu (śmiech).


Czy brak apetytu wynika z nerwów?

- Nerwy to osobna historia. W zasadzie rzadko się nie kłócimy. Wiesz, jak to jest: spotykają się trzy indywidualności i każda ma coś do powiedzenia. Bywa naprawdę bardzo ciężko.


Jak dochodzicie do consensusu?

- Problemy są, gdy któryś z nas chce zrobić wszystko sam. Kiedy każdy zajmuje się tym, co robi najlepiej, osiągamy złoty środek.


A co Ty robisz najlepiej?

- Lubię dostać pomysł na numer, zrobić go według swojej wizji, która mnie nachodzi w parę chwil po przesłuchaniu materiału. Mam jakiś zmysł do aranżowania i instrumentalizowania numerów. Wiem, gdzie chcę chórek, gdzie wibrato, a gdzie jaki klawisz ma zagrać. Tekstów nie piszę. Czasami dopowiadam albo podaję pomysł na piosenkę czy zwrotkę. Za to zawsze na płycie są moje kompozycje.


Całe przedsięwzięcie nagraniowe, logistyczne, dopieszczanie utworów, wszelkie smaczki i frykasy to Twoja zasługa?

- „Dopieszczam" - to dobre określenie. Kiedy jest już wszystko, lubię z gotowego materiału wyrzucić połowę, dograć Justynę i zaprosić kogoś do zagrania czegoś na czymś.


Jesteście zespołem niezależnym. Wynika z tego więcej plusów czy minusów?

- Same plusy, wytwórnia to pijawka.


Zanim zasiliłeś szeregi Püdelsów, grałeś w zespołach The Rolling Red Shit, w punkowej kapeli Martwy Fiolet, która zagrała tylko jeden koncert i wreszcie trafiłeś do zespołu Düpą, gdzie poznałeś Piotra Marka i Püdla. Dużo im zawdzięczasz?

- Dużo zawdzięczam sobie, babce i matce, a Püdel jest dla mnie prawie jak ojciec. W moim przypadku zabawa w muzę to szósty rok życia. Wtedy posadzili mnie za fortepianem i kazali grać. Tak to szło do końca podstawówki, ale potem przestało mi się podobać. W 1983 roku wpadłem na próbę Düpą. Miałem na basie zastąpić Piotra Marka. Zostałem, choć marzyłem, żeby grać na perkusji. Jednak na perkusję nie miałem kasy, bo była trzy razy droższa, więc sprawa była prosta - bas. Bas to cztery struny, choć na początku grałem na dwóch.


Jaka jest geneza Twojego pseudonimu artystycznego?

- Wszystko się wykrystalizowało po występie Tiltu w Krakowie. Miałem wtedy czternaście lat. Franz narodził się po Frantzu (Tomek Lipiński ). Koledzy zaczęli na mnie mówić Franz, że niby mi po tym koncercie odwaliło. W okolicach 1984 roku pojawił się drugi człon: Dreadhunter. Była kiedyś impreza u mnie w domu: ja, Piotr Marek, Jeanne Giovanos, Gutek i jakiś rastaman. Lała się wódeczka, panował dobry nastrój. Piotrek zawsze się z rastamanów naśmiewał, ale nie tak na serio, tylko dla żartów. W każdym razie po piątej wódce złapał za nóż i dawaj ciąć dreda. Uciął rastamanowi kawałek, pociął na cztery kawałki i przytroczyliśmy je sobie do pasków. Tak powstała rodzina Dreadhunter. Zresztą Düpą na ostatnim koncercie to już była Düpa Dreadhunter. I tak mamy Franza Dreadhuntera. Warto dodać, że w showbiznesie dobry pseudonim sceniczny jest bardzo ważny i wiele sugeruje.


Ale w dowodzie osobistym widniejesz jako Dariusz Piotr.

- No tak. Sytuacja była w domu skomplikowana. Matka nigdy się z ojcem dogadać nie mogła. Kiedy się urodziłem, ojciec poleciał do urzędu i zarejestrował mnie jako Darka. Matka nie mogła tego znieść i dała mi Piotr. I tak matka mówi do mnie Piotr, ojciec Darek, a reszta panie Franku, Franz, Franco itp. Zależy, kto dzwoni.


Kapitan, prezes, ojciec chrzestny organizacji - skąd wzięły się te tytuły?

- Zawsze wymyślałem ludziom pseudonimy, nazwy, tytuły. Mamy takiego hopla. Maleńczuk kazał do siebie mówić „tato". To był jeden z warunków jego powrotu w 2002 roku (śmiech). W studiu z Robkiem witamy się co dzień: „Dzień dobry, panie doktorze”. Nikogo to nie dziwi. Czasami jestem kapitanem, prezesem, doktorem, Franiem, Franzem.


Przez chwilę grałeś w Bajmie, w którym podobno chciałeś zrobić rewolucję, to prawda?

- Wyglądało to tak, że miałem pojechać do Lublina na miejsce Bejbiego grać w Budce Suflera. Pojechałem. Było ciężko, ale chciałem się piąć po drabinie do sławy, a to był jakiś sposób. Romek Lipko wyszedł po mnie na dworzec. Stamtąd pojechaliśmy do niego na chatę, gdzie pokazał mi, jakie ma meble i telewizor. Kontakt między nami był na poziomie 1 w skali do 100. Wtedy też kończyłem z Korą płytę „Bella Pupa”, a tu w kącie komoda dla Papieża i telewizor szwedzki. No nic... Następnego dnia próba. Na próbie oczywiście Urszula, Zbyszek i reszta szefów. Byłem załamany. Na dodatek Romek oświadczył mi, że moje kompozycje nie interesują go i że on daje radę ze wszystkim. W duchu pomyślałem: fuck you, ale grałem. Szło mi jak po grudzie, poprawnie wychodziły mi tylko numery z Cugowskim, bo dla niego miałem szacun i nie chciałem robić wstydu. Z Ulą robiłem byki, zamiast D w „Malinowym królu” grałem C. Dramat! Zaraz miała się zacząć trasa - pięćdziesiąt dwa koncerty i bali się zostać bez bassmana. Wtedy już wiedziałem, że z nimi nie pojadę. Pewnej nocy, może trzy dni po tym, jak przyjechałem do Lublina, w Hotelu Victoria ktoś cicho zapukał do drzwi. Otwieram, a tam kolega Pietras. „Cześć”, „cześć”, przedstawił się, od słowa do słowa okazało się, że jakoś się dogadujemy, że podoba im się to, co robiłem z Tiltem, że mógłbym dla nich pisać i coś w tym zespole zamieszać. Mówię okey, ale jak się wymiksować z Budki? Na próbach rzępoliłem już nie na żarty, myliłem się co minutę, byli załamani, ale nie chcieli mnie wyrzucić. Ustaliliśmy z Pietrasem, że z Budki ulotnię się po angielsku. I tym sposobem wylądowałem w Bajmie. Uważam, że Bajm to była dla mnie szkoła. To tak, jak bym skończył uniwerek. Dowiedziałem się co i jak działa w branży, dlaczego itp. Był to bardzo dobry okres, a Andrzejowi Pietrasowi, który dobrze mnie wyszkolił, dużo zawdzięczam.


Jezioro szczęścia" to Twoja kompozycja?

- Moja. Były jeszcze inne, ale niestety delikatnie mówiąc, coś tam komuś się pokićkało z tymi kompozycjami i postanowiłem honorowo odejść. Nie będzie mi tu nikt robił koło pióra. Nawet perspektywa wyjazdu na festiwal do Bułgarii, a mieliśmy przywieźć po pralce, nie powstrzymała mnie od odejścia.


Püdel pielęgnuje pamięć Piotra Marka, Ty pielęgnujesz pamięć Bogdana Łyszkiewicza.

- Nie wiem, czy specjalnie coś pielęgnuję. Staram się nie robić z tego jakiejś misji. Może mógłbym nawet robić więcej, ale w tym kraju jak chcesz zrobić cokolwiek, to wszyscy myślą, że chcesz na tym zarobić, a ja nie chcę.


Założyłeś stronę internetową poświęconą Bogdanowi.

- To takie podstawowe ruchy. Dyskusji nie podlega, że się przyjaźniliśmy. Zawdzięczam mu też dużo, a teraz spłacam dług.


Grałeś też w Tilcie.

- W Tilcie wiadomo - życiowa sprawa. Wszystko się od Tiltu praktycznie zaczęło. Przyszedłem jako czternastoletni fan na ich koncert, a po pięciu latach grałem już z Liponsem w Tilcie. Tam pisałem pierwsze piosenki, piękna historia.


Wolisz grać koncerty w dużych salach czy w klubach?

- Zawsze byliśmy licznym zespołem, a kluby to jakaś maceracja i wszyscy ciśniemy się na scenie. Ja jestem pan konkret. Mendzę i narzekam, że za małe, za cicho, ale to dlatego, że zawsze zajmowałem się organizacją tego bałaganu. To tak, jak z gotowaniem. Jak gotujesz obiad, mieszasz i co chwilę próbujesz, a kiedy masz go podać, to sama masz dosyć. Podobnie z graniem. Ale zawsze sobie coś tam podawałem na rozluźnienie i z rozluźnionego punktu widzenia te koncerty są ok.


Lubisz Kraków?

- Bardzo!


Ale „Miasto brzydnie“ opisuje Kraków z jego ciemnej strony.

- Szymon, jak przyjechał do Krakowa, to się zachłysnął. Poszedł ostro w tango, przyjął w pigułce to, co my przyjmowaliśmy z Püdlem przez trzydzieści lat. Patrzyłem na niego i się śmiałem, bo widziałem, jak pożera miasto, a miasto pożera jego. Ale przychodzi taki moment, że pora się obudzić no i na szczęście udało mu się, a my mamy fajną piosenkę. Lubię ją.


„Maj 2007” też dotyczy Krakowa i znowu pokazuje jego nie najlepsze oblicze.

- Tekst urodził się na ulicy podczas eksploracji Krakowa przez Szymona. Muzę do tego numeru zrobiłem trochę wcześniej i roboczo nazwałem „Maj 2007”, bo wtedy właśnie powstała. Szymon wybrał podkład, poskładał i mamy konkret.


„Mijamy się jak co dnia” to tytuł kolejnej piosenki. Pod taką samą nazwą prowadzisz jeden ze swoich blogów.

- Jestem mocno związany z tą piosenką, hasło „mijamy się" przewija się w moim życiu już od paru lat i cieszę się, że powstała z tego piosenka.


Dlaczego przestałeś prowadzić swojego pisanego bloga?

- Znudził mi się, a poza tym nie można było o wszystkim pisać. Koledzy pękali, a ja nie za bardzo byłem zainteresowany pisaniem tego, co by chcieli przeczytać.


Nie można odmówić Ci talentu aktorskiego - widać to w Waszych teledyskach. Masz też na koncie kilka epizodów filmowych, w tym jeden z Bajmem w filmie „Pan Kleks w kosmosie”, gdzie wystąpiłeś jako przyboczny królowej. Nie myślałeś nigdy o aktorstwie?

- Aktorstwo jest ok. Bardzo mi się to podoba. Lubię połączenie muzyki z obrazem, to mnie kręci, a kino ubóstwiam. Chętnie bym się załapał na rolę jakiegoś potwora.


Od razu potwora. Przecież jesteś romantyczny i delikatny.

- Tak, ale z twarzy to już tylko nadaję się na bestię.


Kochasz kino dziewczyny i śpiew...

- No i jeszcze parę innych specyfików. Generalnie życie jest ok.


Używki w Twoim życiu?

- Gdy jestem sam, mogę nie palić papierosów tygodniami. Wystarczy, że ktoś wpadnie: „co słychać, zapalisz?” - „Jasne”. „Może piwo?” - „Ok.”. „A może skoczymy do miasta?” - „Pewnie”. „Weźmiemy coś na drogę” - „Dobra”. „Może jakieś dziewczyny?” - „Super!”. I tak to jest.


Kobiety w Twoim życiu?

- Bez kobiety nie potrafię żyć. I nie tylko mi o seks chodzi. Jak jadę autem, to wolę z dziewczyną niż z chłopakiem (śmiech).


Nie samą muzyką człowiek żyje. Co jeszcze Cię pasjonuje?

- Lubię znikać, lubię poznawać nowych ludzi, a to się wiąże z podróżowaniem. Mam tyle zaproszeń, cały świat stoi otworem , robię fotki tego, co mnie otacza, lubię podłubać w photoshopie, kocham stare samochody.


Na tej płycie jest piosenka Będzie dobrze”. Będzie dobrze?

- Będzie dobrze, bo do nagrania tej piosenki udało nam się zaprosić Dziun, piękną i wrażliwą istotę o ciepłym głosie. Poza tym bardzo się cieszę, że cały czas coś robimy. Jest to dla mnie najistotniejsze. Myślę, że jest nam dobrze i będzie dobrze, a nawet lepiej, bo najważniejsze jest, żeby się realizować i być zadowolonym z tego, co się robi.


Szymon wpasował się do Püdelsów?

- Wpasował się, na pewno. Ale przede wszystkim przez te trzy lata zakolegowaliśmy się. Jak tylko jest w Krakowie, to razem mieszkamy, pracujemy i bawimy się, a oprócz tego każdy z nas ma swoje życie.


Jakie wady mają Püdel i Szymon?

- Hm, to trudno powiedzieć. W każdym z nas jest trochę złośliwości, lenistwa i sody.


Kiedyś byliście zespołem stricte undergroundowym. Wyszliście z podziemia, bo baliście się, że zaziębicie sobie korzonki?

- Muszę ci powiedzieć, że ludzie z Agory byli zadowoleni, że płyta będzie miała bardziej ciężki charakter. Pierwszy raz spotkałem się z tym, żeby ludzie z wytwórni namawiali do przyjęcia maksymalnie alternatywnej postawy. Tak naprawdę nie byliśmy na to przygotowani, bo od dłuższego czasu poszukiwaliśmy piosenek, które pozwolą nam przysiąść się do pieca komercji i ogrzać kości, a tu słyszymy: „Nie! Z powrotem chłopaki do podziemia zasuwać!”.


Czy jest coś co chciałbyś jeszcze opowiedzieć, a o co Cię nie zapytałam?

- Tak. Chciałbym wrócić do początku naszej rozmowy i 3akramu. Moja przygoda z home recording zaczęła się w roku 1983 roku, w dniu w którym poznałem Piotra Marka. To On nauczył mnie jak połączyć ze sobą dwa magnetofony typu deck w celu dogrania następnych śladów gitar, wokali i innych instrumentów, potrafiliśmy w ten sposób spędzać wiele nocy i dni w kuchni na ulicy Tarlowskiej.

Już wtedy poczułem jak wielką niezależność daje możliwość nagrania własnych pomysłów, właściwie cała historia Dupą to homerecording, bo studia nagraniowe były kompletnie poza zasięgiem .

Musiało minąć wiele lat zanim można było pomyśleć o własnym studiu. Tak naprawdę było to możliwe dopiero w roku 1999. Współpracowałem wtedy z Bogdanem Łyszkiewiczem, wydawaliśmy praktycznie wszystkie pieniądze, które zarabialiśmy z kontraktów płytowych na nagranie naszych płyt. Było to kompletne szaleństwo i nie miało nic wspólnego z ekonomią (śmiech).

Podczas nagrań płyty "Polska" (Chłopcy z Placu Broni), które trwało około 9 miesięcy pomyślałem, że problem leży w tym, że praca nad pomysłami niekoniecznie powinna się odbywać w drogich, wypasionych studiach, ale w jakimś małym przydomowym studiu z klimatem gdzie koszty były by znacznie mniejsze, a i klimat znacząco wpływałby na same pomysły .

Z myślą o następnej płycie, wraz ze znanym realizatorem Jurkiem Oliwom (Perfekt), rozpocząłem budowę we własnym ogrodzie niewielkiego studia. Niestety w roku 2000 Bogdan Łyszkiewicz zginął w wypadku samochodowym, co wiązało się też z pewną zapaścią finansową, a nasze drogi z Oliwom rozeszły się.

W tym samym czasie współpracowałem też z Tomkiem Lipińskim (Tilt ), z którym już w 1998 roku próbowaliśmy stworzyć, u niego w krakowskim mieszkaniu, małe studio, na które składał się sześcio ślad vestaxa, mały sekwenser Yamachy, jeszcze mniejszy mixer i dwa mikrofony. Pomimo, że dysponowaliśmy tak skromnym sprzętem udało nam się przygotować demo do płyty "Emocjonalny terror".

Po śmierci Bogdana z pomocą przyszli moi serdeczni przyjaciele Jurek Tyndel i znakomity realizator Robert "Nasti" Nastal. Zabraliśmy się do pracy nad płytą Tiltu. Był to pierwszy znak, że jak się chce to można i wraz z Nastim i Jurkiem doinwestowaliśmy studio.

W 2001 roku powróciłem do Püdelsów i rozpoczęliśmy z Pudlem i Maciejem Miecznikowskim pracę nad nową płytą. Kiedy płyta była prawie gotowa, Miecznikowski związany kontraktem z innym zespołem wycofał się ze współpracy, a do Püdelsów powrócił Maleńczuk, z którym skończyliśmy płytę pod tytułem "Wolność Słowa".

Jak wiemy płyta okazała się absolutnym sukcesem, osiągnęła status złotej, a większość piosenek była przebojami.

Generalnie nikt nam nie wierzył, że wraz z Jurkiem i Nastim wykręciliśmy te płytę na 20 metrach kwadratowych, na sprzęcie który był przeznaczony do pracy nad domowymi projektami, ale był to fakt .


Od tej pory wszystkie produkcje Püdelsów powstają w naszym studiu. Tu jemy, śpimy, balujemy, nagrywamy, robimy próby. Tu powstały wszystkie utwory z nowożytnej historii Püdelsów: "Wolność Słowa", "Jasna Strona", "ZEN". Tu też powstała nasza ostatnia płyta, którą trzymacie teraz w rękach.


Tą drogą chciałbym złożyć podziękowania za pomoc swoim przyjaciołom: Jurkowi Tyndlowi i Robertowi "Nastiemu" Nastalowi.

(Agnieszka Baranowska, lipiec 2008)



Brak komentarzy: