sobota, 10 października 2009

Szymon Goldberg


PODTRZYMUJĘ
PüDLA NA DUCHU


SZYMON GOLDBERG urodzony w Gdyni w 1973 roku pod znakiem Barana muzyk, kompozytor, autor tekstów, malarz, projektant i fotograf. Od najmłodszych lat przejawiał talenty artystyczne co nie umknęło uwadze rodziców. Dlatego mama kupiła mu gitarę, a tata zagraniczny aparat fotograficzny marki Olympus.

Już w szkole podstawowej założył swój pierwszy zespół, z którym wykonywał obciachowe covery zespołu Kombi. Na szczęście zainteresował się punk rockiem i został perkusistą. Wraz z Mariuszem Szymańskim założył zespół Vulpequla, który grał muzykę metalową. Vulpequla zakończyła działalność po pięciu latach istnienia zostawiając po sobie kilka taśm demo i cztery wideoklipy.

W tym samym czasie kiedy osiągał sukcesy muzyczne nie zapomniał o swoich zainteresowaniach sztukami pięknymi i rozpoczął naukę w Liceum Plastycznym w Gdyni, aby kontynuować ją w ASP w Poznaniu. I również na tym polu Szymon może pochwalić bogatą biografią artystyczną. Był członkiem legendarnych gdańskich grup fotograficznych N2 oraz Oddział Gdańsk, które w Trójmieście były wyjątkowymi zjawiskami fotografii intermedialnej lat 90-tych. W 1998 roku Goldberg reprezentował Polskę na festiwalu państw nadbałtyckich Artgenda w Sztokholmie gdzie prezentował prace z pogranicza fotografii i malarstwa stosując opracowaną przez siebie technikę. W swoim dorobku ma kilka wystaw indywidualnych. Pracował jako fotograf reklamowy oraz projektant. W 1997 roku ponownie uaktywnił się jako muzyk zakładając zespół Helicobacter. Komponował, pisał teksty i zajmował się produkcją nagrań tego zespołu. Występował na najważniejszych festiwalach rockowych w kraju zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia. Jego twórczość docenił Piotr Kaczkowski z radiowej trojki. Goldberg ma także na swoim koncie muzykę do spektaklu teatralnego i filmów animowanych. Püdelsowskie gremium zasilił w grudniu 2005 roku.

Szymon to zapalony miłośnik turystyki motocyklowej i polskiej kinematografii czarno- białej, a od niedawna tak jak reszta członków zespołu jest zapalonym snowboardzistą.


***

AGNIESZKA BARANOWSKA: Rozmawiamy dwa miesiące przed premierą płyty. Kilka utworów jest jeszcze dopieszczanych w studiu 3akram, do jednego brakuje tekstu. Czy już odważyłeś się komuś spoza zespołu zaprezentować ten materiał?

SZYMON GOLDBERG: Oczywiście, że puszczałem numery zaufanym ludziom. Dają mi konstruktywne uwagi, które jednak nie zawsze biorę pod uwagę. Generalnie podoba się bardziej niż płyta "Zen". Ja, choć jeszcze nie wyszła, wolę ją od poprzedniej. „Madame Castro” to album niewymuszony. Powstał na luzie, a kompozycje szły bez pośpiechu. Ale „Dziewczyny z podwórka chłopaki z mojej ulicy” czy utwór „Ty i ja”, którego akurat na tej płycie nie ma, to piosenki napisane w minutę. Piosenki - gorący kubek, zalewasz i gotowe.

Porozmawiajmy w takim razie o piosenkach z tej płyty: „Dziewczyny z podwórka, chłopaki z mojej ulicy”

- Spotkałem się z kawałkiem mojej klasy i nie było dramatu mimo, że koledzy ostrzegali. Dziewczyny sympatyczne i całkiem fajnie było popatrzeć. Cóż więcej o piosence? To chyba wszystko.

„Wolny kraj”

- Można nazwać tę piosenkę protest songiem. Od dłuższego czasu nosiliśmy się z zamiarem napisaniem czegoś o wolności. Taką potrzebę ma chyba każdy artysta. Całe to zamieszanie wokół olimpiady i zamieszki w Tybecie były impulsem do napisania tekstu dlatego wyraźnie nawiązujemy do kwestii okupacji Tybetu.

„Miasto brzydnie”

- To mogło przytrafić się wszędzie i każdemu i pewnie niejeden ma podobne doświadczenia. Miasto takie jak Kraków jest tyleż samo fascynujące co odrażające i niebezpieczne dla przybysza. Wciąga i zasysa w czeluści, długo trzyma, a jak już puści to człowiek wygląda jak śmieć. Kiedy już obfotografowałeś wszystko w ciągu dnia, a nocami jak ścierka wycierasz schody krakowskich piwnic to na skutek zmęczenia materiału zaczynasz się zastanawiać czy warto życie spędzać w ciemnej wilgotnej norze, w towarzystwie zjeżdżających ze stołków barowych kolegów bełkoczących ci wierszedo ucha, którzy chlejąc i ćpając marnują swój żywot i talent. Bazując na wysokim natężeniu silnej woli, mając zbyt wiele do stracenia znalazłem sobie inne hobby i udałem się do odpowiedniej poradni. Nie jestem absolutnym przeciwnikiem zabawy okraszonej magicznymi specyfikami, wszystko w granicach rozsądku, ale zmęczyło mnie także słuchanie jak jeden lub jedna drugiemu dupę obrabia za przeproszeniem, kto komu dał po ryju, kto komu laskę robi i kto lubi od tyłu, a kto z przodu, i wreszcie kto lubi, a kto nie lubi Püdelsów. Teraz Kraków traktuję raczej jako bazę wypadową w góry i do Wiednia, a z Wiednia jeszcze bliżej do Budapesztu.

„Hiszpański temperament”

- Słowa piosenki powstały w zeszłym roku w czasie mojego pobytu w Hiszpanii w świętym mieście Santiago DeCompostela. Santiago słynie na całym świecie z katedry i grobu Św. Jakuba oraz z niezliczonej ilości pielgrzymów odwiedzających corocznie to miasto. Jest jeszcze w Santiago coś oczym pewnie nie mówi się otwarcie, ale można to zauważyć baczniej przyglądając się ulicy. Jeżeli za pomocą wielkiego kadzidła nie wprowadzono cię w religijny trans, to za dnia i wieczorową porą zauważysz mikro knajpki z logo sprite lub coca-cola, w których za zasłonką, na barowym stołku siedzą panie oblane czerwonym światłem odziane w czarne sukienki. To nic innego jak zwykły burdel gdzie za kasę można zrobićsobie odpust cielesny, a to wszystko w odległości kilkuset metrów od katedry i uniwersytetu. Po prostuluzik.

Głównym bohaterem „Hiszpańskiego temperamentu” jest młody pielgrzym,któremu wyprano mózg i wmówiono, że przez czystość i wstrzemięźliwość osiągnie zbawienie i łaskę. Niestety brak bratniej duszy i kontaktów cielesnych czyni go człowiekiem nieszczęśliwym. Mimo rad ojca Tadeusza młodzieniec prosi św. Jakuba o szczęściew miłości, która przywróci mu sens życia lecz finalnie gubi go jego religijna naiwność i wiara w zabobony czego konsekwencją jest bezpowrotna utrata wiary nie mówiąc już o dziewczynie.

“Maj 2007”

- Tekst do tej piosenki jest niestety oparty na faktach i wszelkie podobieństwa osób nie są przypadkowe. W maju 2007 roku około 21:30 wysiadłem z samolotu. Z naładowanymi bateriami, opalony hiszpańskim słońcem udałem się do centrum Krakowa w celu nabycia mielonki turystycznej na którą miałem smaka. W sklepie na przeciwko Teatru Słowackiego młoda, ładna dziewczynaku powała wino trzymając za rękę czarnoskórego chłopaka.Wokół nich łaził śmierdzący obszczany menel, wykrzykując patriotyczne hasła wyzywał dziewczynę. "Wypierdalaj ty kurwo co się z murzynem zadajesz" - gościu powtórzył to kilkakrotnie. Ochroniarze nie ruszyli się z miejsca. Mówię do typa by się uspokoił bo go wyprowadzą za chwilę, a w odpowiedzi słyszałem - "A cokurwa z murzynami trzymasz, a morze ty chuju żyd jesteś". Nie chciałem się pobrudzić więc zawołałem ochroniarza by wywalił tego menela ze sklepu. Na ustach miałem pianę i było mi wstyd, że ta sytuacja miała miejsce w moim kraju, a do tego w Krakowie -kulturalnym centrum naszego kraju. Ochrona zamiast podejść do menela podeszła do dziewczyny. Siwiejący strażnik powiedział tak: "Pani zabierze tego murzyna i tu ludzi nieprowokuje". Ręce mi opadły. Oddałem mielonkę, powiedziałem co myślę i wyszedłem. Nad ranem miałem tekst do tej piosenki.

„Ciągle czegoś brak”

- Na pomysł piosenki wpadł Püdel, bo on co chwilęna Allegro i na giełdzie kupuje stare gitary, kosiarki i telewizory, a potem żałuje bo mu brakuje (śmiech).Ten kawałek to zbiór cennych rad jak wejść w posiadanie dużych pieniędzy nie wysilając się zbytnio. Jednak uprzedzam, że to żart i proszę piosenkę traktować z przymrużeniem oka. Próbowałem zastosować kilka z wymienionych w tekście sposobów i niewyszło.

„DNA prawda to czy fałsz”

- Narratorem w tekście do tej piosenki jest schizofrenik, który snując apokaliptyczną wizję przyszłości sam sobie zadaje pytania, a jego druga połowa osobowości odpowiada mu jednoznacznie i bardzo konkretnie - wyższość nauki i filozofii nad zabobonami i gusłami. To pieśń na cześć głupoty polskich dewiantów politycznych.

Piosenka powstała na ulicy Oboźnej w mieszkaniu Pana Bieniasza czyli ojca Pudla, miejscu nad wyraz inspirującym.

„Zimne kobiety”

- To piosenka paradoksalno- szowinistyczna, w której poeta mimo, że występuje z męskiej pozycji to pokazuje tu swoją kobiecą stronę. Staje po drugiej stronie uczuciowej barykady z dzieckiem na rękach przy kuchni. Zimna kobieta to częste zjawisko. Poznałem dużo zimnych tułając się po firmach i agencjach reklamowych. Taka babka udaje, że ma jaja, klnie, używa biurowych sloganów i stosuje mobbing wobec niższych szczeblem, często jest brzydka i brakuje jej dobrego smaku. Zwykle z zimnymi jest tak, że płaczą w pokojach hotelowych na szkoleniach tak aby nikt nie widział. Jeżeli zimna znajdzie faceta to go zgnębi, zagoni do garów,upodli i wytresuje. W łóżku to już nie chcę nawet myśleć co one wyprawiają. Jedynie miłość jest w stanie je okiełznać dlatego warto z zimnymi rozmawiać i mówić do nich aksamitnie. Wtedy lód topnieje, ale wiosny się nie spodziewajmy.To piosenka na pocieszenie dla wszystkich pod tak zwanym pantoflem.

“Madame Castro”

- Inspiracją była dla nas krynicka restauracja Hawana, a nie jak się może wydawać kubańskie miasto. Ta knajpa to był ostatni bastion minionej epoki z kulą na suficie i zespołem dansingowym. Teraz tam się zmieniło, a osoba tam pracująca z którą rozmawiałem ostatnio nie wiedziała kto to jest Fidel.Tekst napisaliśmy ekspresowo po tym jak Pudel opowiedział historię tego miejsca. Co ciekawe opieraliśmy się na fotografiach, a ja byłem świeżo po lekturze "Rzecz o moich smutnych dziwkach" Marqueza więc pojawił się w tekście wątek miłosny, młode kobiety i tlący się partagas. W naszej piosence występuje Madame Castro w towarzystwie dam jako główna atrakcja lokalu. Ciekawostką jest fakt, że Fidel wraz z szanowną małżonką odwiedzili Krynicę zaszczycając swą obecnością "Hawanę". Byłem tam później przy okazji mojej zimowej wizyty w Krynicy więc nie mogłem odmówić sobie kawy w szklance i Carmena. Niestety dziewczyn w mojej kategorii wiekowej nie było, a zamiast cygar palono głównie Caro i wspomniane Carmeny.

„Mijamy się jak co dnia”

- „Mijamy się jak co dnia” tosmutna pieśń miłosna o tym jak ciężko człowiekowi przybrać formę monogamiczną. Czasem chciałoby się żyć spokojnie i stabilnie uczuciowo, a tu nagle spotykamykogoś na swej drodze i aby nie doszło do kolizji po prostu mijamy się i tylenam zostaje. Szczególnie życie muzyka obfituje w mijanie się gdyż droga utkanajest z pokus, które czają się na każdym kroku.

„Będzie dobrze nam”

- Ten kawałek wykonuję razem z Dziun, wokalistką obdarzoną niezwykle kojąco-absorbującym głosem. Długo kogoś szukaliśmy i rożne osoby próbowały. Dziun idealnie wpasowała się w tenkawałek, bo doskonale kuma reggae. Jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że zostaje. Kiedy pisałem tę piosenkę miałem wyjątkowo dobry nastrój, a hasło "Będziedobrze nam" chodziło za mną odkąd przeszedłem na jasną stronę. Dedykuję ją sobie oraz tym wszystkim, którzy przeszli na ciemną stronę z życzeniami szybkiego powrotu na właściwy tor...To bardzo prosta muzyka i szczery tekst, którego dobrze się słucha.

„Gdyby Ryby”

- Kiedy Püdel pokazał mi tekst profesora Wiktora Zina było dla mnie jasne, żeto nie będzie łatwa robota, bo jak tu ugryźć nieco przyrodniczy, ale też pełen metafor tekst o rybach, rakach i ślimakach. Były ostre podchody z tym kawałkiem. Powiem szczerze, że ileś nocy upłynęło mi na przymiarki. Püdel dał kilka propozycji muzycznych i pokombinowaliśmy w ProToolsie. Z połączenia dwóch propozycji Püdla zrobił się jeden kawałek do tego jeszcze całkiem psychodeliczny i idealnie współgrający z tekstem. Mam nadzieję, że Wiktor Zin jest zadowolony i tupie sobie nóżką w zaświatach.

Dzielicie się w zespole pracą?

- Gdyby było inaczej, to ten zespół by nie istniał. Każdy ma swoje zadanie. Począwszy od robienia muzyki i pisania tekstów, skończywszy na nagrywaniu i trzymaniu wszystkiego w kupie.


Co należy do Twoich zadań?

- Podtrzymywanie Püdla na duchu. A serio, jestem od tego, by śpiewać i pisać. Po prostu. Czasem zrobię coś w Photoshopie jak trzeba.


Trudny był casting na Püdelsa?

- Casting na Püdelsa wyglądał tak: Studio Chakram, godzina dziewiętnasta: „Cześć jestem Szymek”, „Zaśpiewaj coś, napijmy się przed śpiewaniem, skoczę jeszcze po flaszkę, no zajebiście śpiewasz, super”. Drugi dzień: „Jesteś przyjęty, witamy w zespole”. Potem jeszcze przemarsz przez krakowski Kazimierz, kilka upadków, komuś dać po ryju. Najgorsze było to, że zapomniałem gdzie mieszkam, a była szósta rano. To był raczej test na Püdelsa, a nie casting.


Jak zmieniło się Twoje życie po dołączeniu do Püdelsów?

- O! Dobre pytanie. Zmieniło się diametralnie moje podejście do życia. Nie dzięki Püdelsom, ale dzięki przeprowadzce do Krakowa, która wpędziła mnie do krakowskich piwnic. Poznałem dużo fajnych ludzi z którymi balowaniem, a do tego mieli coś interesującego do przekazania. Znaleźli się także ludzie, którym ja mogłem pomóc. Niestety, Kraków ma zapach alkoholu, co przestało mi służyć. Następnie zorientowałem się, że mam już 35 lat i pora zrobić coś kreatywnego, zbudować podwaliny dla swojej przyszłości, bo do tej pory bujałem w obłokach, więc zawinąłem się z Krakowa i teraz mieszkam na wsi nad morzem.


Którą piosenkę Püdelsów cenisz najbardziej z tych, które powstały zanim zostałeś Püdelsem?

- „Morrison”. Świetny tekst Piotra Marka.


A którą najbardziej lubisz śpiewać?

- Mam kilka. Ale najbardziej mi podchodzi wspomniany „Morrison”. Generalnie lubię te kawałki z tekstami Piotra Marka z pierwszych płyt Püdelsów. Wkurza mnie to, że do Püdelsów przylgnęła etykietka ŚMIESZNI. Ktoś mi powiedział, że ta płyta jest mało śmieszna, co mnie niesamowicie wkurwiło. Chcesz o ważnych sprawach mówić, a tu ci gość startuje, że ma być śmiesznie.


Wbrew pozorom większość Waszych utworów traktuje o ważnych sprawach.

- Tak, tylko jest to podane w sposób kabaretowo-ironiczny co w niczym nie ujmuje im powagi.


Odkąd pojawiłaś się w Püdelsach to te proporcje się zmieniły.

- Zmieniły się, oczywiście, bo ja wolałbym, by Püdelsi byli zespołem, który śpiewa o rzeczach ważnych, na serio, ale z charakterystycznym püdelsowskim przymrużeniem oka. Tak jak jest to w „Hiszpańskim temperamencie”. Jak bym chciał, żeby było śmiesznie, to bym sobie wziął chłopaków z podwórka i byśmy sobie robili śmieszny punk rock gdzie mógłbym się wyszaleć.


Poza muzyką ważny jest też image. Ma dla Ciebie znaczenie?

- Oczywiście, że ma, ale jest jedna ważna sprawa. Nie chcę by się kiedyś tak stało, że stanę na scenie i poczuję się przebrany. Muszę czuć się komfortowo. Musze mieć na sobie łachy, które nie krępują mojego dobrego samopoczucia. Koledzy lubią czaszki, a ja wole jednak koszule, krawat i ciemne okulary. Zbyszek Cybulski jest moim czarno-bialym idolem.


Przeglądając Twoje CV doczytałam się, że grałeś na perkusji w zespołach punckrockowych, żeby następnie założyć zespół Vulpequla, który z kolei serwował słuchaczom ostry metal. Czy nadal bliska jest Ci tamta muzyka?

- Jasne! Jestem fanem Napalm Death. Kiedy mam okazję jadę na ich koncert. Napalm to najszybszy zespół na świecie, odpowiada mi jego filozofia i społeczno-polityczne teksty. Vulpequla miała duże szanse zaistnieć na rynku zachodnim. Niestety, nasz gitarzysta i autor repertuaru w sposób schizofreniczny zmieniał ciągle zdanie. Co tydzień miał nowego idola i chciał grać tak jak on. Raz jak Napalm Death, potem jak Satriani aż w końcu zaczął grać prawie jak De Mono, ale mnie już na szczęście nie było w zespole. Szkoda, bo interesowały się nami zachodnie wytwórnie i fanziny. Mam, z tamtych lat, listy od fanów ze Stanów Zjednoczonych, to był szok dla 18-latka, kiedy pisali do niego ludzie z Kalifornii i wyrażali chęć poznania naszego zespołu. Pamiętaj, że to były czasy kiedy na plecach czuło się jeszcze komunę.

Trafiłeś do zespołu o wielu twarzach. Ile twarzy ma Szymon Goldberg?

- Jak wiesz robię muzykę i śpiewam, jestem uśpionym artystą plastykiem, fotografującym i malującym. Mam swoje małe sukcesy w tej dziedzinie - kilka wystaw i nagród. Jestem także projektantem, no i co się nieczęsto przytrafia rock`n`rollowcom, chodzę po górach i wzruszam się, kiedy patrzę na Bielańskie Tatry w Słowacji. Od jakiegoś czasu mam też zajawkę na snowboard.


No właśnie, robisz wiele rzeczy naraz, nie przesadzasz trochę?

- Wyglądam na schizola, który łapie się wszystkiego?


Nie, dlaczego!? To jest raczej imponuj
ące.

- Teraz zdecydowanie dominuje moja pierwsza twarz czyli ten Szymon śpiewający, reszta zeszła na drugi plan. Mam taką naturę, że gdy nic nie robię, to mnie szlag trafia i muszę albo wyjechać, albo zabrać się do czegoś, bo w przeciwnym razie zwariuję. Ale są też takie dni, kiedy najchętniej leżę sobie w łóżku z ukochaną i oglądamy filmy.

Jesteś wrażliwy. Wiem, że rozczulają Cię kobiece łzy, sam płaczesz na filmach, wzrusza Cię widok Tatr i źle reagujesz na chamstwo i znieczulicę...

- Myślę, że to wrażliwość wynikająca z ludzkiej natury. Wielu facetów się do tego nie przyzna, bo uważają, że to uwłacza ich męskości. W dzisiejszych czasach kiedy króluje typ twardziela lepiej jest powiedzieć: "Co ryczysz, kurwa" niż "Kochanie porozmawiajmy o tym, co się stało", szczególnie w Polsce, gdzie panuje znieczulica i poziom wrażliwości na krzywdę jest na bardzo niskim poziomie mimo, że jesteśmy krajem katolickim, a naszym przywódcą duchowym był Jan Paweł II.


Chciałbyś być sławny?

- Gdybym miał naturalny angielski, to byłbym dawno sławny. Z moim talentem i głosem śpiewałbym w Oasis albo w czymś takim (śmiech). Jesteśmy małym krajem w Europie Wschodniej i wystarczy mi popularność zamiast sławy. Mam na myśli popularność nie w sensie masowym, tylko popularność muzyki, którą robię, ale tego się chyba nie da oddzielić, prawda?


Mówią, że jeśli o Tobie nie piszą, to Cię nie ma.

- Racja. Od czasu do czasu jakiś skandal by się przydał. Zaproponowałem Pudlowi, żeby udawać gejów, ale on w to nie wchodzi, choć nosi się ostatnio jak koledzy z baru "Błękitna Ostryga".


A jakie wady mają Püdel i Franz?

- Czasem obrażają się o byle gówno, wieszają na sobie psy, by potem się przepraszać. A ja stoję w środku i przyglądam się temu. No i Püdel potrafi o drugiej w nocy zapytać mnie, jak się koloruje obrazek w photoshopie, masakra!


Każdy ma jakiegoś zajoba. A Ty na jakim punkcie masz świra?

- Na punkcie otrzymywania komplementów i gotowania. Nie lubię jeść tego, co mi ktoś ugotuje z wyjątkiem dań egzotycznych w nieznanych miejscach.

Twoje danie popisowe?

- Moja popisówka to szisz kebab. Do tego mam recepturę na ziemniaki pieczone, sosy i odpowiednie warzywa. Zjesz i umierasz z zachwytu nie wspominając o wątrobie.


Ulubione danie?

- Lubię, gdy ktoś mnie zaskakuje czymś nowym. Nie mam ulubionej potrawy, bo to nudne, lubię próbować egzotyki. Słyszałem o trąbie słonia więc postanowiłem spróbować. Ma dziwny smak, coś jak słone, suszone mięso, by ugasić głód. Kiedyś mój brat Bartek przywiózł ze Szwecji kiszone śledzie w ogromnej puszcze. To było prawdziwe wyzwanie. Po kilku kęsach miałem dość.


Palisz jak smok, nie my
ślałeś o tym, żeby rzucić?

- Możliwość rozmyślania, możliwość kochania się z ukochaną i palenie fajek to trzy najważniejsze i najprzyjemniejsze czynności. Nikotynizm to trudny temat. Jak będę rzucał to wszystko jednocześnie, bo alkoholi i papierosy zawsze idą w parze.


Pytam, bo wiadomo co papierosy robią z głosem, że o płucach nie wspomnę. A Ty masz świetny głos...

- Nie palę aż tyle, żeby go stracić. Dobra, tak mówię, ale masz rację...


A propos głosu kształcisz go? Czy może, żeby śpiewać wystarczy tylko słuch, czy ważna jest też technika wokalna?

- Hmm, moje śpiewanie jest naturalne czyli używam głosu intuicyjnie, nie jestem szkolony. Przez lata poznałem swój aparat na tyle, że potrafię go kontrolować i operować brzmieniem wokalu. Przez to nie jest on jednostajny, co słychać na płycie.

(Agnieszka Baranowska; 11 lipca 2008)

Püdelsi - Maj 2007

Brak komentarzy: