środa, 19 maja 2010

Kamil Dąbrowski

Kamil Dąbrowski (1974) - pracuje w Książnicy
Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego w
Białymstoku.Wiersze publikował w
"Witrażach", "Graffiti", "Gazecie Akademickiej",
"Kartkach" oraz w almanachu
"Epea".Współzałożyciel grupy literackiej
ETERNA. Laureat Turnieju Jednego Wiersza
(2004) zorganizowanego przez pismo
„Kartki”. Wystąpił w filmach: Wojciecha M.
Koronkiewicza "Fikcyjne pulpety" (1995) i
Piotra Krzywca "Rok 2384" (1994).





Z Kamilem Dąbrowskim
rozmawia Małgorzata Dobkowska
Małgorzata Dobkowska: Kamilu, zaczniemy może tradycyjnie, od Adama i Ewy.
Więc kiedy to się zaczęło, kiedy poczułeś, się musisz przelać swoje myśli na papier? I dlaczego
wybrałeś poezję?
Kamil Dąbrowski: Ano, kiedyś się zaczęło. To był spontan. Nie było moim zamiarem
uprawianie poezji. Stało się... Na pewno nie żałuję.
MD: Czy grupa Eterna, do której należałeś, nie była przynajmniej początkowo,
dość przypadkową, towarzyską konfiguracją? W jakim stopniu na ciebie wpłynęła, jak się
odnaleźliście? Wspieraliście się nawzajem? Czy było to luźne zgromadzenie?
KD: Zaczęliśmy się spotykać pod koniec 1995 albo na początku 1996 roku.
Chcieliśmy zaistnieć i tworzyć razem pod jedną nazwą, a nie osobno. Grupie jednak
łatwiej jest się przebić niż w pojedynkę. Wtedy byliśmy pełni wigoru i naprawdę
sprawiało nam to dużą frajdę. Prezentowaliśmy swoją twórczość w prasie studenckiej
i na scenie, sami wydawaliśmy własnoręcznie robione tomiki i myśleliśmy, Że
możemy dużo zdziałać na niwie literackiej.
MD: Jak teraz oceniasz Eternę i jej działalność? Z sentymentem za wczesną młodością?
W pewnej mierze umocniony?
KD: To był jeden z etapów w życiu. Nie był to czas stracony. A za młodością
zawsze będziemy tęsknić. Teraz skupiam się na dniu dzisiejszym.
MD: Grupa zawiesiła działalność, rozpierzchła się po świecie. Jeżeli istnieje, to
nieoficjalnie, nieformalnie. Od dawna odosobniony Piotr Nowik przebywa w Nowym Jorku.
Ale np. Janusz Paliwoda w swojej powieści „Joint” składa wam imienne podziękowania.
Dziękuje też innym osobom z regionu, m.in. Kasi Zdanowicz. Czyli dawna przyjaźń
nadal pozostaje, procentuje.
KD: Z Piotrkiem nie miałem kontaktu od kilku lat. Pewnie jest zapracowany
tam „za kałużą”. Życzę jemu wszystkiego najlepszego, ale chciałbym, aby wrócił do
Polski. Chociaż Kasia niedawno przeprowadziła się do Katowic, nadal utrzymujemy
kontakt poprzez internet. Janusz jest obecny czasem w Białymstoku (ostatnio pracuje
i mieszka w Grajewie) i zdarza nam się teraz sporadycznie spotykać gdzieś przy
jednym jasnym.
MD: Janusz Paliwoda wydał książkę w Wydawnictwie Dolnośląskim, Kasia Zdanowicz
– interesujący tomik w Wydawnictwie Ruta Olgi Tokarczuk. Otrzymali szansę,
wychodzą poza region. Przekraczają, przełamują barierę, która, nie łudźmy się, istnieje.
Co sądzisz na ten temat? Czy po prostu trzeba robić swoje, nie oglądając się?
KD: Szczerze im gratuluję. Choć Janek miał pewne problemy związane z
książką, pisze nadal i obiecuje kontynuować twórczość prozatorską. Kasia wydana w
Wydawnictwie Ruta to spora niespodzianka! Tym bardziej, Że została już nagrodzona
przez Bibliotekę im. Raczyńskich. Jej teksty to wysokich lotów, bardzo dojrzała
poezja. Gorąco jej kibicuję. A bariery są, ponieważ ludzie sami je stwarzają. Istnieją
wszędzie, w każdej dziedzinie życia. A w literaturze to już przecież prawie od stuleci.
To smutne i żałosne zarazem.
MD: W tekstach używasz bardzo skrótowej wypowiedzi, slangu, zamieszczasz
zwroty obcojęzyczne i techniczne związane z komputerem, internetem, obowiązującą
„obrzędowością” spotkań, często sztucznych. Język staje się częściowo hermetyczny,
zwłaszcza dla starszych. Młodzi łatwiej go rozumieją i akceptują, bo jest po prostu ich,
obecny, potoczny, a ty go utrwalasz i umacniasz. Nie chciałeś być bardziej liryczny? Obawiasz
się tego? Czy to przychodzi z wiekiem?
KD: Lubię „krótkie dystanse” w literaturze. Długie czasem męczą. A języka,
którym operuję, nie nazwałbym slangiem, tylko raczej współczesną polszczyzną młodego
pokolenia. Jest mi bardziej bliski. Zresztą od pewnego czasu zauważyłem, Ŝe
bardzo upowszechnił się i jest używany także przez osoby w średnim wieku. Jeżeli
chodzi o liryzm w moich wierszach, to jest w nich obecny. Trzeba tylko uważnie je
czytać. I wcale nie obawiam się tego. Stawiam jednak na liryzm podszyty energią, a
nie ckliwością.
MD: Odżegnywałeś się ostatnio od swojego poetyckiego pisania. Działałeś, oczywiście,
poza naszym ulubionym, podstawowym zajęciem – bibliotekarstwem, głównie na
niwie muzycznej, sygnalizując nowości płytowe w białostockiej „Kulturze”. Czy jest to
tylko jedno z aktualnych ujść twojej energii, tak jak kiedyś zabawa w film u Wojciecha
Koronkiewicza i Piotra Krzywca? Chyba nie można zupełnie odciąć się od poezji? Zawsze
coś w środku będzie jednak siedzieć, jakaś wrażliwość?
KD: Pisanie do „Kultury” nazwałbym przyjemnym zajęciem. A pisanie o muzyce
to spełnienie moich marzeń. Prawdę powiedziawszy, zawsze przedkładałem muzykę
nad literaturę. Muzyka towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Dzięki Tacie, który
był pasjonatem i zbieraczem płyt, poznawałem tuzy rock’n’rolla mając 3 – 4 lata.
Od tamtej pory lubiłem czuć tzw. feeling, a szum czarnej płyty jest jak balsam dla
duszy. Film... Nigdy nie był i nie będzie zabawą, jeśli chodzi o tworzenie. Nawet ten
amatorski. To kawał ciężkiej roboty. Np. u Wojtka zagrałem może 5 sekund, ale mieliśmy
kilka dubli. Niemniej zabawą mogę nazwać atmosferę, jaka wtedy się wytworzyła.
A od tworzenia poezji jednak można się odciąć. Albo czasowo (u mnie trwało
to 3,5 roku), albo definitywnie. Naprawdę. Ale wrażliwości nie da się oderwać od
osobowości. I Bogu dzięki.
MD: Co sądzisz o zjawisku slamu, który pojawił się również u nas? Czy uważasz,
że starsi poeci, np. Czesław Miłosz czy Ewa Lipska, a z młodszych choćby Marzanna
Kielar czy Ewa Alimowska, gdyby nie przedstawili dowcipnej, obscenicznej fraszki z
„wyrazami” zostaliby wyśmiani i wytupani? Nie mieliby szans? Slam wydaje się balansować
na granicy aktorstwa i kabaretu. Czy stanowi jakąś alternatywną drogę ekspresji czysto
artystycznej i nie zagłusza prawdziwości słów? Może jednak zanadto już się wynaturza,
zjada własny ogon?
KD: Slam jest u nas dopiero zauważany przez media i wszystkich zainteresowanych
tym rodzajem występu publicznego. Formuła slamu wydaje się otwarta dla
wszystkich, ale... Nie każdy jednak zaakceptuje jego zasady i klimat, jaki wytwarza
się podczas każdej imprezy. Nie jest to spotkanie poetów i odbiorców / słuchaczy.
Najlepiej sprawdzą się chyba „naturszczycy”, niekoniecznie pokroju Himilsbacha
czy pana Witka z Atlantydy. I nie trzeba koniecznie epatować obsceną. To akurat nie
jest dobry akcent podczas performance’u. Należy jednak znaleźć odpowiedni klucz,
metodę, aby zainteresować publiczność. Boskie szaleństwo jest jak najbardziej wskazane.
Jeśli chodzi o wyśmiewanie: każdy ma równe szanse.
MD: Opowiedz jeszcze o swoich byłych i aktualnych ulubieńcach poetyckich.
KD: Czytywałem kiedyś Wojaczka, Bursę, Świetlickiego, Podsiadłę. Ostatnio
sięgałem po wiersze Tomasza Hrynacza („Partycje...” i „Rebelie”) i Kasi Zdanowicz
(„Tam gdzie umierają małe dziewczynki”).
MD: A gdyby Wojciech Koronkiewicz czy Piotr Krzywiec zaproponowali choćby
tzw. robienie tłumu w najnowszych swoich produkcjach – zgodziłbyś się?
KD: Tłumu już chyba nie (śmiech), ale jakąś małą rólkę – dlaczego by nie?
MD: Czyli nuta tzw. błogosławionego szaleństwa została w tobie. I niech zostanie forever. Czego Tobie i nam życzę.

Brak komentarzy: