niedziela, 24 stycznia 2010

Morrison

tym razem kierunek Krosno




W plecaku piach - kamienie w kieszeni
Wycieczka w nieznane z flachą Ślepej Gieni
Idziemy za bzdurą - przed nami epoka
Dynia goni rzepę a gonokok roka
Oto płynie rege stara kwoka

Zamiast złotych jaj
Jaja do kwadratu
Bez managera na cztery i dupskiem do wiatru

Choć król jest nagi gronostaje zmienia
Żebrak ma służącą a diabeł święcenia
Czas się wałkoni, przestrzeń zaciera
Miłość? - to cholera - jej cienkie piszczele
Bębnią co noc po betonowej tapecie
Sploty plastikowych rur warczą w klozecie

A wieść niesie, że Morrison żyje!

(tekst Piotr Marek)

środa, 20 stycznia 2010

Nie mam weny


Niedokończona piosenka naszej fabrycznej punkowej grupy,

którą napisaliśmy swego czasu w robocie.
Autorem każdej linijki jest ktoś inny ;-)



Życie boli jak kaktus w dupie
Otwieram oczy i widzę Ciebie,
A za oknem martwy wróbel
A kto tego nie rozumie to chuj mu w dupę

Refren:
Pierdolę, pierdolę, pierdolę, pierdolę,pierdolę

Życie mi się rozpieprzyło jak kiepski skręt

(autorzy: Ania, Ula, Joel, ja- czyli trzyminutowa kapela punkowa)

wtorek, 19 stycznia 2010

zen





koty nie jedzą cały dzień.
zwykle obserwują świat
zamkniętymi powiekami.
wachlują swoimi kocimi wąsami
w rytm kwitnących wiśni.
o zachodzie słońca kładą się
pod progiem świątyni.
otrzepują ze swoich pazurów
resztki karmy.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Piękna córka

Piękna córka w domu to dar boży

Lecz wykończy ojca taki dar

Same troski mu na głowie mnoży

Kiedy z pąka się zamienia w kwiat



Oko ojca pierwsze odnotuje

Nieuchronnej tej przemiany znak

Sam mężczyzną będąc nie mam złudzeń

Że lubieżnik drzemie w każdym z nas



Śpij, ty mój kwiatuszku

Śnij, moja ty duszko

Nikt cię nie rozbudzi

Sam bym go ostudził!



Po co ci to?

Na co ci to?

Po co nam to?

Zostań z tatą!



Sama myśl o jurnym libertynie

Budzi we mnie dziką żądzę krwi

Nim libertyn do sypialni wpłynie

Wezmę gwoździe i zabiję drzwi



Może wreszcie mógłbym się położyć

Zamiast z młotkiem stać na straży cnót

Piękna córka w domu to dar boży

Ale czuję, że nie zaznam snu



Śpij, ty mój kwiatuszku

Śnij, moja ty duszko

Nikt mi cię nie skradnie

Już ja go dopadnę!



Po co ci to?

Na co ci to?

Po co nam to?

Zostań z tatą!



Piękna córka w domu to dar boży…

Dar boży…???
(Taniec Wampirów)


Eugeniusz Baranowski- mój dziadek



Przeglądam różne dokumenty osobiste i wycinki prasowe, związane z życiem i działalnością Eugeniusza Baranowskiego. Mało tego i niewiele z tego można się dowiedzieć, jeśli nie liczyć podstawowych faktów biograficznych. 72 lata Baranowski cieszył się i smucił światem, a tymczasem z różnych zaświadczeń, ankiet i oświadczeń wynika właściwie tylko tyle, że był nauczycielem rzeźby, który dwa razy zechciał wziąć udział w wystawach plastycznych: w radomskiej ogólnopolskiej (1965) i lubelskiej okręgowej, choć jubileuszowej (1966). Zacznijmy jednak od początku.

Z odpisu metryki dowiadujemy się, że Eugeniusz był synem Józefa i Marii z domu Krzywickiej, urodził się 18 maja 1916 roku w Wasylkowcach, w powiecie czortkowskim, gdzieś na Kresach. Zgodność odpisu z oryginałem poświadczył mgr Rożenek, a więc notariusze o nazwisku takim samym, jakie nosił jeden z ciekawszych bohaterów Anatola France`a.

Inne źródło przypomina, że ojciec Eugeniusza był podoficerem, który w roku 1922 osiedlił się w Zamościu. Blisko stąd do Lublina, ale tymczasem musimy wrócić na Kresy, zgodnie z dyspozycją dwóch oświadczeń, podpisanych przez Antoniego Michalaka i Pawła Gajewskiego, już po drugiej wojnie, w 1948 roku. Michalak, jak wiadomo, był malarzem, mieszkał w Kazimierzu Dolnym, natomiast Gajewski wykładał wówczas w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku z siedzibą w Sopocie. Oto treść oświadczenia, sygnowanego przez członka międzywojennej grupy „Bractwo św. Łukasza”:

„Ja niżej podpisany, Antoni Michalak, zamieszkały w Kazimierzu Dolnym, świadomy odpowiedzialności karnej za niezgodne z prawdą zeznania, niniejszym oświadczam, że wiadomem mi jest dokładnie, że znany mi osobiście Baranowski Eugeniusz, zamieszkały w Zamościu, w roku 1937 ukończył Państwową Wyższą Szkołę Techniczną, Wydziału Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego we Lwowie, specjalizując się w malarstwie w przeze mnie prowadzonej pracowni; posiada znajomość techniki temperowej, olejnej i freskowej”.

W lwowskiej średniej szkole plastycznej Baranowski specjalizował się w malarstwie, o czym dotąd chyba mało kto wiedział w Lublinie, gdzie w środowiskowej opinii uznawano go za rzeźbiarza, a raczej, w związku z nieobecnością na wystawach, za nauczyciela rzeźby. Wiemy przecież, że po wojnie, jeszcze w Zamościu, Baranowski okazyjnie malował obrazy- i tylko żałować należy, iż poniechał tej twórczości. Jego jedyny zachowany obraz, znacznych zresztą rozmiarów (223x 128 cm), świadczy bowiem o wielkiej sprawności warsztatowej autora, połączonej z umiejętnościami budowania monumentalnej i przejmującej w wyrazie kompozycji. Niemal całą wysokość tego płótna wypełnia postać bosej kobiety z trojgiem dzieci, przy czym jedno z nich spoczywa w ramionach matki. Sądzić można, że symbolizuje tragedię Polaków, masowo wysiedlanych z Zamojszczyzny przez Niemców. Jak wiadomo, podczas tej akcji zginęło około 30 tys. Dzieci.

Hitlerowskie prześladowania dotknęły także Baranowskiego, uczestnika kampanii wrześniowej 1939 roku. Aresztowany wraz z żoną Stefanią i jednym z braci, przetrzymywany kolejno w kilku więzieniach, trafił z nimi do obozu koncentracyjnego na Majdanku (1943), gdzie wcześniej znalazł się jego ojciec i drugi z braci, Tadeusz, z którym Eugeniusz przeniesiony został wkrótce do obozu w Flossenburgu.

Ojciec i Tadeusz zginęli w lagrach.

Zrządzeniem losu, pozostali członkowie rodziny rychło wyszli na wolność, Eugeniusz- z kręgosłupem uszkodzonym na całe życie. Po wojnie nakłaniano go, by domagał się od Niemców odszkodowania. Nie chciał o tym słyszeć.

Sięgam po kolejny dokument. Jest to zaświadczenie dyrekcji zamojskiego PLSP, z datą 1956 roku. Czytam, że Baranowski „był zajęty jako wykładowca przedmiotów zawodowych od dnia 1 lutego 1946 r. do dnia 31 sierpnia 1946 r. w Szkole Sztuk Plastycznych w Zamościu”, a od dnia 1 września 1946 r. do dnia 31 sierpnia 1950 roku w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu”.

Tę pierwszą szkołę (SSP) założył rówieśnik Baranowskiego, malarz Lucjan Pakulski, też człowiek ze wschodu, którego los związał okresowo z Zamościem, później przeniósł się do Lublina, w końcu pod Warszawę, gdzie do dzisiaj mieszka, nie zaniedbując pędzla.

„Z mojej szkoły musi wyjść przygotowany do życia rzemieślnik”’ oznajmiał Pakulski, zapoznając jednocześnie zamościan z bardziej wyrafinowaną problematyką, określaną tytułami takich publicznych odczytów różnych osób, jak „Nowe kierunki w malarstwie i wynikłe stąd nieporozumienia” (!), „Oczy, które patrzą, a nie widzą”, „Sztuka a życie”. Ile osób przyciągały te wykłady, nie wiadomo. Ważniejsze przecież, że w prowincjonalnym mieście, zaraz po wojnie coś takiego w ogóle się odbywało.

Po roku szkołę Pakulskiego upaństwowiono i przemianowano na liceum plastyczne. W tej nowej placówce Baranowski objął stanowisko nauczyciela w klasie rzeźby. Informuje o tym pismo Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, opatrzone datą 1948 roku i bardziej elokwentne od wyżej cytowanego. Józef Nikodem Kłosowski- naczelnik owego wydziału, działacz ludowy i prozaik- stwierdzał w dokumencie, że Baranowski „Zorganizował w bardzo ciężkich warunkach pracownię, a następnie jako artysta rzeźbiarz i pedagog wykazał się bardzo dobrymi wynikami”. Miała to poświadczać wystawa uczniów liceum, „wykazująca ogrom pracy i nieprzeciętnego talentu ob. Eugeniusza Baranowskiego, tak jako artysty, jak i pedagoga”.

Zwróćmy uwagę, że w tej wzmiance artystę postawiono przed pedagogiem. Może nie było to tylko kwestią przypadku czy konwencji...

Dzisiaj nie sposób jednak ustalić, jakie rzeźby wychodziły wówczas spod dłoni Baranowskiego. Wszystko, co wtedy zrobił, przepadło, obróciło się w gruz gipsowy. Uchowało się jedynie coś, co nieustannie wabiąc wycieczki tułające się po mieście Moranda, nijak nie może służyć jako miara twórczej inwencji. A co to takiego, dowiadujemy się z wycinka prasowego, pozbawionego niestety daty i tytułu gazety, a zachowanego w „papierach” po Baranowskim:

„wystawiony w kojcu” model plastyczny Zamościa sfilmowała Polska Kronika Filmowa. Jako jeden z eksponatów muzeum daje on doskonały pogląd na budownictwo obronne, na rozplanowanie poszczególnych elementów miasta, przemawiając swą precyzją wykonania do każdego. (...) Techniczna cześć pracy wykonali profesorowie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych, Eugeniusz Baranowski i J. Siedlecki”.

Informację opublikowano pod tytułem „Cała Polska obejrzy model plastyczny Zamościa”. Dodajmy: model w skali 1: 164, przedstawiający miasto w XVIII w.

Ale oto inna notatka prasowa, podająca do publicznej wiadomości, że w Zamościu „Staraniem Ogniska Kultury Plastycznej powstał w świetlicy Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych teatrzyk kukiełkowy, zorganizowany pod kierunkiem artysty plastyka, prof. Eugeniusza Baranowskiego. Kukiełki wykonane zostały przez uczestników kursu dla dorosłych, zaś przy budowie scenki i dekoracji pomagali uczniowie Liceum (...)”.

Błaha sprawa?! Powiedzmy...

Na premierę teatrzyk przygotował baśń Marii Kownackiej „O straszliwym smoku i dzielnym Szewczyku, prześlicznej Królewnie i Królu Gwoździku”.

Co ma szewczyk czy nawet szewc do sztuki?

Otóż, w interpretacji Baranowskiego całe to kukiełkowe towarzystwo zostało tak zaprojektowane w szkicach rysunkowych, że bez obawy kompromitacji mogłoby pojawić się np. w krakowskim Pałacu Sztuki, na Wystawie Sztuki Nowoczesnej z przełomu lat 1948/1949. Mogłoby oczywiście drogą imaginacji, albowiem ołówkowe rysunki Baranowskiego powstały wiosną 1950 roku, kiedy w Polsce panował już realizm socjalistyczny, raczej niechętny takim strukturom plastycznym: syntetycznym, zbudowanym z elipsoidalnych linii, nie opowiadającym o czymś lub o kimś, lecz poprzestającym na formule znaku.

Jeśli nawet przesadziłem nieco z tym zaproszeniem wszystkich szkiców Baranowskiego na imprezę krakowską, przywołaną tutaj na zasadzie symbolu, to przecież prawda pozostaje, że przynajmniej kilka z nich wystawiło autorowi świadectwo niekonwencjonalnego myślenia, materializowanego przy pomocy dłoni pewnej i czułej. Te wczesne (i zachowane) rysunki Baranowskiego sa dziełem k o n s t r u k t o r a i w swoich rudymentach przypominają znacznie późniejsze prace.



Już wtedy Baranowski zamierzał podjąć studia w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, może z zachęty Pakulskiego, który dyplom tejże uczelni uzyskał w roku 1948, ciągle jeszcze mieszkając w Zamościu.. Ten zamiar uwierzytelnia pismo MKiS z października 1948 roku, wydane Baranowskiemu w celu przedłożenia w ASP. Faktem jest że eksternistyczny egzamin dyplomowy na wydziale rzeźby zdał znacznie później, bo 18 czerwca 1956 roku.

Obu artystów w ogóle łączyło zażyłe koleżeństwo. Może warto wspomnieć, że razem wymalowali wnętrze kościoła w Dysie, z miejsca inkasując od księdza umówione honorarium. Nazajutrz po tej miłej operacji przystąpiono w kraju do wymiany pieniędzy, która mocno zdewaluowała tak pośpiesznie wypłaconą gratyfikację. A podobno periculum in more.

W 1950 roku Baranowski rozpoczął pracę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Lublinie, gdzie nieco wcześniej zatrudnił się Pakulski. Wtedy też, wespół z Piotrem Wollenbergiem, otrzymali dyplom uznania spółdzielni plastyków „Forma”, przyznany „za sumienną i wydajna pracę przy wykonaniu planu gospodarczego”. Bordiurę podłużnego kartoniku wypełniały dekoracyjne wyciągnięte liście i orzechy żołędzia, o czym wspominam nieprzypadkowo, lecz w intencji wywołania ducha tamtego czasu.

Ten duch przenikał wszystko, życie prywatne i publiczne, był zazdrosny i zaborczy, miał swoją liturgię, ewangelię i diakonat. Zrozumiałe, służyli mu również artyści, uprawiający to, co zwało się realizmem socjalistycznym. Z jego też dyspozycji Baranowski wykonał m.in. trzy gipsowe postaci, symbolizujące różne branże rzemiosła na pierwszej wystawie drobnej wytwórczości województwa lubelskiego. Monumentalne i pewne swych racji, stały na postumencie o wysokości bodaj trzech metrów, omiatanym liśćmi palmy w wielkiej donicy. Wystawa czynna była przy ul. Stalingradzkiej, zwanej przedtem i potem Lubartowską.

Baranowski otrzymał pracę w lubelskim liceum plastycznym, ale nie otrzymał mieszkania. W tym czasie miał już dwoje dzieci: Tadeusza, urodzonego w 1944 roku, i Joannę (1950). Później syn ukończył studia malarskie w warszawskiej ASP i zamieszkał w stolicy, córka z dyplomem wydziału prawa UMCS osiadła pod Warszawą.

Dopiero po pięciu latach los zlitował się nad Baranowskim i podrzucił mu mieszkanie, jak na szyderstwo- w obrębie Majdanka. Inna sprawa, że nawet taki los trzeba było nastawić przychylnie, perswazją „z ręki do ręki”, zresztą dyrektorskiej.

Dwa lata mieszkali Baranowscy na Majdanku, poczem przenieśli się do pokoju z kuchnią przy ul. Grodzkiej, należącego do szkoły, w której rzeźbiarz nauczał. Było to pomieszczenie ciasne i zimne, ale Baranowski nie zabiegał o lepszy lokal, „bo przecież ludzie mają gorzej, po piwnicach się gnieżdżą”.

Odszkodowania od Niemców nie chciał, przyzwoitego mieszkania od rodaków też nie chciał, z zakłopotaniem przyjmował lokale czy resortowe nagrody pieniężne, przecież skromne, za pracę dydaktyczną w liceum plastycznym, która angażowała go bez reszty.

Baranowski był nauczycielem autentycznym, z powołania, ośmielam się powiedzieć, że za bardzo uwikłał się w szkołę, ze szkodą dla własnej twórczości, dla której nie znajdował już odpowiedniego czasu i energii, wyczerpywanej dodatkowo przez nękające go choroby.

1 maja 1958 roku Baranowski objął stanowisko dyrektora liceum (PLSP).

1 maja 1963 roku zwrócił się do MKiS z prośbą o zwolnienie z tej funkcji, z dniem 31 sierpnia. „Prośbę niniejszą uzasadniam poważnym pogorszeniem się stanu mego zdrowia w następstwie rozwijającej się choroby kręgosłupa(...)”- zaznaczał w podaniu do ministralnego Zarządu Szkół Artystycznych.

Z tego okresu zachowała się liczna seria rysunków Baranowskiego, wykonanych ołówkiem, sangwiną, długopisem lub brązową kredką na papierach o barwie ochry, jasnego brązu, sporadycznie czerni i srebra. Nierzadko artysta szkicował też na papierze milimetrowym. Czasami są to prace autonomiczne, wykończone, częściej jednak mamy doczynienia z zapisem myślenia plastycznego lub z koncepcyjnymi studiami do rzeźb zamierzonych przez autora. W niektórych pojawiają się formy antropomorficzne, może spokrewnione nieco z poetyką surrealizmu, w innych obserwujemy intencje analityczne, ujawniające różne stadia powstawania abstrakcyjnej struktury przestrzennej. Bywa, że na jednej kartce papieru formy o dyskretnych aluzjach przedmiotowych przenikają się z suwerenną wobec nich drobnicą geometryczną: kulistą, elipsoidalną, stożkową, sześcienną, która jednak po wnikliwszej obserwacji okazuje się być zbiorem modułów, służących do budowy tych większych kształtów o względnie czytelnej semantyce. Gdzie indziej Baranowski wprowadza na papier dwie- cztery formy elementarne i rozwija je w różnych wariantach perspektywicznych, multiplikując punkty widzenia.

Tych rysunków nie można oceniać wedle kryteriów akademickich, jak i błędem byłoby postrzeganie ich tylko jako roboczych szkiców, etiud lub projektów realizacji w tworzywie rzeźbiarskim. Owszem, po przejściu na emeryturę (1978) artysta próbował zastosować swoją geometrię modularną w przestrzennych rzeźbach z drewna, kształtowanych z niebywałą precyzją, ale czy fakt ten narusza samoistną wartość rysunków notacji na papierze? Rezultaty wspomnianej próby okazały się zresztą skromne. Po złamaniu kości biodrowej umieszczony w szpitalu (1978), Baranowski padł tam ofiarą, jak to się elegancko mówi, „błędu w sztuce lekarskiej” (niewłaściwy zastrzyk), który dokładnie zdemolował i tak już wyniszczony organizm pacjenta, poważnie ograniczając m.in. sprawność dłoni rzeźbiarza.

Na czym więc ostatecznie polega swoistość i wartość rysunków Baranowskiego, zwłaszcza tych o charakterze analitycznym?

Na tym, że stawiają one problem sztuki systemowej, opartej na powtarzalnych rudymentach geometrii plastycznej, będąc zarazem- w wystarczająco obszernym fragmencie- notatnikiem osobistych doświadczeń artysty w świecie formy, rodzajem konceptualnej kroniki jego „przypadków kreacyjnych”. Znamienne, że większość takich prac jest sygnowana- oryginalnym gmerkiem, złożonym z inicjałów nazwiska autora i z daty ich powstania. Dowodzi to, że dla Baranowskiego były to prace ważne. W pewnej grupie rysunków miejsce na datę nie zostało co prawda wypełnione, ale nie popełnimy omyłki, jeśli umieścimy je w tej całej serii, zrealizowanej w latach 1958- 1963.

Żadnemu z innych naszych artystów nie śniła się wtedy sztuka konceptualna czy twórczość o charakterze procesualnym.

Czy to znaczy, że Baranowski był pierwszym polskim konceptualistą?

Nie przesadzajmy. On tylko wchodzi czasem na drogę, która wywodząc się z jednego z nurtów konstruktywizmu, doprowadzić miała właśnie do sztuki minimalnej, mentalnej, wreszcie konceptualnej. Sam jednak fakt pojawienia się lubelskiego artysty na tej drodze, której dukt i wskazany wyżej ciąg dalszy zaznaczały się tymczasem jedynie w mglistej imaginacji, należy uznać za rewelację.

Za życia Baranowskiego nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, nieodmiennie lokując go w stereotypie: „nauczyciel i rzeźbiarz”. Po części usprawiedliwia nas przecież to, że artysta nigdy chyba nie eksponował publicznie swoich rysunków, w ogóle bardzo rzadko uczestniczył w wystawach, a jeśli nawet (Radom, Lublin), to pokazując wyłącznie prace rzeźbiarskie. Dwa rysunki Baranowskiego opublikowano co prawda w albumie „Galeria Lubelska” (1970), ale wiadomy stereotyp przesłonił ich rzeczywiste znaczenie. Poza tym rysunki traktowano wówczas jeszcze jako wstępne szkice do czegoś poważniejszego. Nowe myślenie w tej sferze, forsowane na wrocławskim triennale, rozpowszechnić się miało znacznie później.

Powtarzam: Baranowskiego znano w Lublinie jako „nauczyciela i rzeźbiarza”, może nawet lepiej jako nauczyciela. Jeśli nazwisko jego pojawiało się w prasie, zresztą sporadycznie, to najczęściej z taką właśnie kwalifikacją zawodową. Swoje gazetowe „pięć minut” (raczej dwie minuty) miał Baranowski bardzo dawno, w 1957 roku, kiedy to w Miejskim Domu Kultury w Lublinie otwarto wystawę prac prowadzonego przezeń dziecięcego kółka plastycznego. W „Kamenie” z 30 czerwca owego roku Stanisław Michalczuk pisał, że „Podkreślone we wstępie katalogu (Bardzo starannie wydanego) zasługi Eugeniusza Baranowskiego, opiekuna i nauczyciela Kółka Plastycznego, naprawdę warte są uznania. Zdolny nauczyciel dzieci powinien podzielić się swym doświadczeniem z nauczycielami szkół podstawowych (...)”. Wśród maluchów i rysunków wystawy autor wyróżnił m.in. „Damę z parasolką i psem” sześcioletniej Joanny Baranowskiej. Rzecz wydała mu się doskonałą karykaturą.

Kiedy przyznawano Baranowskiemu nagrody kulturalne: miasta (1960) i województwa lubelskiego (1966), to głównie ze względu na efekty jego pracy dydaktycznej.

Tylko raz artysta otrzymał stypendium twórcze MKiS (1962).

Dopiero w latach osiemdziesiątych rysunki Baranowskiego „odkrył” jego uczeń liceum plastycznego, Tadeusz Mysłowski, przyjeżdżający często do Lublina z Nowego Jorku, gdzie osiedlił się w roku 1970. Kontakty nauczyciela z licealistą nie były chyba konwencjonalne, skoro Mysłowski uprawia sztukę systemową, opartą na przesłankach logicznych, racjonalnych, zajmuje się malarstwem, rysunkiem, grafiką, od niedawna- także rzeźbą, będąc jednym z nielicznych, cenionych faktycznie w USA artystów polskiego pochodzenia.

Podobny program organizuje twórczość rzeźbiarską innego z uczniów Baranowskiego, Radosława Gryty, od dłuższego już czasu mieszkającego w Finlandii, gdzie uznany został „Młodym Artystą Roku 1987”.

Namysłowski i Gryta korespondowali ze swoim nauczycielem, odwiedzali go w mieszkaniu na lubelskich Czubach (wreszcie przyzwoitym, przydzielonym w 1979 r.).

Jak już napomknąłem, ideę modularnego systemu plastycznego, zredagowanego w niektórych rysunkach, Baranowski próbował zastosować w konstrukcjach rzeźbiarskich z drewna. Należy jednak wiedzieć, że owa idea patronowała także jego pojedynczym, znacznie wcześniejszym pracom. Mam na uwadze granitową „Głowę” (1965, wys. 27 cm) oraz semantycznie pokrewne „Macierzyństwo” (1971, wys. 32 cm), wykonane z mało znanego polskim rzeźbiarzom diabazytu w kolorze głębokiej zieleni, przetykanej jasnymi żyłami. Wydobyte z sześciennego bloku, artykułowane formami stożka, trójkąta, kwadratu o narożach elipsoidalnie złagodzonych, utrzymane w logice geometrii, a przecież liryczne- „głowy” te są tyle oryginalne, co po prostu piękne.

W rygorach systemu modularnego utrzymana jest również abstrakcyjna forma przestrzenna gipsu (1970), znana jedynie z fotografii, a powstała zapewne w pracowni przy Krakowskim Przedmieściu, którą Baranowski- członek ZPAP od 1950 roku- otrzymał w 1967 r. dzięki poparciu Markiewicza, szefa działu inwestycji w Wydziale Kultury Prezydium WRN.

Twórczość rzeźbiarska Baranowskiego była przecież różnorodna. Sądząc po zdjęciach zaginionych czy zniszczonych obiektów, artystę pociągała np. poetyka ekspresjonizmu. Poszarpana materia „głowy” mężczyzny, oznaczonej głębokim, krzyżowym cieciem na prawej stronie twarzy, jako żywo przypomina proceder znany z twórczości Adama Myjaka. Niestety, nie znamy daty powstania tej sugestywnej, pośpiesznie uformowanej rzeźby.

W niezbyt obszernym rejestrze prac Baranowskiego znajdują się ponadto rzeźby portretowe w gipsie patynowanym: Bolesława Prusa ( w muzeum pisarza w Nałęczowie), Józefa Ignacego Kraszewskiego ( w muzeum JIK w Romanowie), Józefa Czechowicza ( w lubelskim muzeum poety) i Hieronima Łopacińskiego ( w bibliotece jego imienia).

Dwie okazałe "głowy” z gipsu są w PLSP.

Muzeum Lubelskie posiada tylko jedną rzeźbę Baranowskiego: granitową, lapidarnie zarysowaną, miękką w profilach „Głowę dziewczyny”.

*

Eugeniusz Baranowski zmarł 31 marca 1988 roku w Lublinie.

Ireneusz J. Kamiński (maj 1990)

niedziela, 17 stycznia 2010

Cudzoziemka w raju kobiet











Za mądra dla głupich
A dla mądrych zbyt głupia
Zbyt ładna dla brzydkich
A dla ładnych za brzydka
Za gruba dla chudych
A dla grubych za chuda

Za łatwa dla trudnych
A dla łatwych za trudna
Zbyt czysta dla brudnych
A dla czystych za brudna
Zbyt szczecińska dla Warszawy
A dla Szczecina zbyt warszawska

Spróbuj się domyślić gdzie to mam?
No gdzie?

Dokładnie tam
Właśnie tam
Pan wygrał bon
A pani Fiat
(Hey)

McDonald's

Znajduję ślad twoich zębów w obcym mieście.
Znajduję ślad twoich zębów na swoim ramieniu.
Znajduję ślad twoich zębów w lustrze.
Czasami jestem hamburgerem.

Czasami jestem hamburgerem.
Sterczy ze mnie sałata i musztarda cieknie.
Czasami jestem podobny śmiertelnie
do wszystkich innych hamburgerów.

Pierwsza warstwa : skóra.
Druga warstwa : krew.
Trzecia warstwa : kości.
Czwarta warstwa : dusza.

A ślad
twoich zębów
jest najgłębiej,
najgłębiej.

(M.Świetlicki)


sobota, 16 stycznia 2010

Dotyk

Zakląłeś mnie w dotyk...

Czuję Cię tak mocno
Przez dal, mury wielkich miast
Co noc otulam się Tobą
Chodź, no chodź, ukryj mnie ...

Może zbyt naiwni
By spać w pocałunkach ciał
I mieć na straży anioła
Anioła...

Czuje Cię przez skórę
I dreszcz wznosi nas do chmur
Bez tchu i nadzy jak drzewa
Drzewa, z których liść ostatni spadł

Może zbyt szczęśliwi
By raj mógł za długo trwać
Mój krzyk - Nie odchodź, nie odchodź!
I został mi Twój ślad

Łzy płyną
Zmysły śpią
Bezsenna, zimna noc
Zakląłeś mnie w dotyk
Zmieniłeś mnie w dotyk
By strącić mnie w noc
Bezsenna, zimną noc

Czy tak już musi być
Że raj ma swe dno
A szczęście ma kres
Dotyk ... nie dany mi
A miłość to sen
Miłość to sen ...

Łzy płyną
Zmysły śpią
Bezsenna, zimna noc
Zakląłeś mnie w dotyk
Zmieniłeś mnie w dotyk
By stracić mnie w noc
Bezsenna, zimna noc
Zakląłeś mnie w dotyk
Zmieniłeś mnie w dotyk
By stracić mnie w noc

Zakląłeś mnie w dotyk
Zmieniłeś mnie w dotyk
By stracić mnie w noc

Zakląłeś mnie w dotyk ...

(Cygan/Rubik)

piątek, 15 stycznia 2010

Radio Warszawa



Warszawa taka jaka jest, taka jest...

Kocham to miasto i nienawidzę go
chciałbym stąd uciec ale trzyma mnie tu coś
to prawda nie znam wszystkich jego twarzy
to prawda że nie umiem tego zważyć
są miejsca w których powracają wspomnienia
są miejsca których ciężko nie wymieniać
kamienie, które widziały tak wiele
powietrze, pachnące niedorzecznie.

Moje miasto, moje miasto.
Warszawa taka jaka jest, taka jest.

Stolica kraju, republiki banału
stolica kraju na Europy skraju
to fakty, nie mam przecież katarakty
to myśli, które teraz chcę uściślić
gdy stoję w korku widzę same zimne twarze
wszyscy są twardzi i nie chcą się obnażyć
gonitwa, bez początku i końca
osiem minut, leci światło ze słońca.

Moje miasto, moje miasto.
Warszawa taka jaka jest, taka jest.

W tym mieście żyję, w tym mieście gniję
czuję że wreszcie żyję gdy piję
czuję, piję, nic nie czuję
budzę się rano, nie wiem sam co zrobiłem
pluję wczorajszym dniem, jeszcze
wciągam warszawski tlen, jeżdżę czystym metrem
jak wszyscy w mieście, tu oddycham tym brudnym powietrzem
tu, czysty bezsens odpycha tu, czystym sercem oddychać chcesz
wiesz, tu szybkim seksem oddychasz gdzieś
czujesz - życie kosztuje, wiec codziennie to życie kupujesz
na życie pracujesz, gonisz za hajsem
nie wygrasz nic, jeśli boisz się walczyć – dziś.

Za mym oknem zimowy Saskerland
a w głośnikach waterhouse ja tu nie ściemniam
pamiętam zielone lata i zapach babiego lata
kiedy na ulicy nie handlował żaden dealer szatan
A buh, buh, buh jak strzał z bata
z nesesera bongo fire do twojego serca wpadał
i tak jak Emiliano Zapata wymiatał
a chmury nad Warszawą w białe serca składał
a teraz pytam ciebie oh ziom! What da matter?
a tutaj za dukata, a brat zabija brata
a crack attack amfetamina whoai to ma mafia
a kto na śmierci tu zarabia whoai ty wiesz.

Żyję w tym mieście i wreszcie nareszcie
mogę powiedzieć coś o tym mieście
to nie jest miasto w którym czujesz się bezpiecznie
to nie jest miasto w którym, żyć będziesz wiecznie
brudnym deszczem przesiąkasz cały, nawet we śnie
stopiony asfalt czujesz w nozdrzach boleśnie
tu nie ma ludzi którzy przyjdą ci z pomocą, nie ma
światło się zmienia a ty wjeżdżasz w dżunglę, eja

To miasto nas karmi, miasto zabija, światła latarni, nas to upija
miejskie safari, o tym nawijam, mury i ściany w nas jak rakija
w mych żyłach, to miasto to siła, światła gasną rano bo świta
rano to miasto się budzi do życia, ja buenos noches, oni buenos dios

W jak wolność której nie ma
A jak anarchia która trwa
R jak rozbój w biały dzien.
S jak najpiękniejszy sen
Z jak zobojętnienie
A jak awangarda
W jak wolność która jest
A anonim taki jak ty albo ja

Moje miasto, moje miasto.
Warszawa taka jaka jest, taka jest.

Tu radio Warszawa, świeża dostawa
tańczy każda ulica, buja się cały kraj
przesyłamy znak pokoju do wszystkich miast
przesyłamy znak pokoju do wszystkich miast
dziś jest ważne żeby skończyć głupich podziałów czas
bądźmy jedna pięścią a nie pokonają nas
tu mówi Warszawa, tu radio Warszawa
tu mówi Warszawa na cały kraj.
(Sidney Polak)


czwartek, 14 stycznia 2010

Come Into My World

Come, come, come into my world
Won't you lift me up, up, high upon your love

Take these arms that were made for lovin'
And this heart that will beat for two
Take these eyes that were meant for watching over you
And I've been such a long time waiting
For someone I can call my own
I've been chasing the life I'm dreaming
Now I'm home

I need your love
Like night needs morning

Come, come, come into my world
Won't you lift me up, up, high upon your love

Na na na na

Take these lips that were made for kissing
And this heart that will see you through
And these hands that were made to touch and
feel you

So free your love
Hear me I'm calling

Oh won't you
Come, come, come into my world
Won't you lift me up, up, high upon your love

I need your love
Like night needs morning

Oh won't you
Come, come, come into my world
Won't you lift me up, up, high upon your love

(Kylie Minogue)

środa, 13 stycznia 2010

O co tyle milczenia

I o co tyle milczenia?
Między nami niewiele się zmienia
To miłość jest inna
Niełatwa, nieskromna, niewinna
I o co tyle milczenia?
Lepiej mów, że mam serce z kamienia,
Że się zmieniam, jak moda, kobieta i szczęście i woda

Każda moja łza i wspomnienie chrztu
Popielata mgła, śnieg na szczycie gór
Tropikalny deszcz, lód na szklanki dnie
I mój złoty pot, gdy kochamy się
Mogą jutro być chmurą, rzeką
Mogą jutro być wieczną bielą
Mogą jutro być burzą, rosą
Mogą jutro być akwarelą

Chmurą, rzeką
Wieczną bielą
Burzą, rosą
Akwarelą

I o co tyle milczenia?
W takiej ciszy źle brzmi: "Do widzenia"
Ja nie proszę, nie płaczę
Ja kocham codziennie inaczej

Każda nasza noc do utraty tchu
Zakochany wzrok i spotkanie ust
Przenikanie dusz, obietnice Twe
I mój złoty pot, gdy kochamy się
Mogą jutro być inne, nowe
Mogą jutro być obłąkane
Mogą jutro być zgasłe, żadne
Mogą jutro być zapomniane

Inne, nowe
Obłąkane
Zgasłe, żadne
Zapomniane

Inne, nowe
Obłąkane
Zgasłe, żadne
Zapomniane

Inne, nowe
Obłąkane
Zgasłe, żadne
Zapomniane

Inne, nowe
Obłąkane
Zgasłe, żadne
Zapomniane


niedziela, 10 stycznia 2010

Święta Mucha & modła Boga

Samodzielna praca Mikołaja z religii (pierwsza klasa)
Temat: Narysuj świętą postać


piątek, 8 stycznia 2010

World Full of Nothing



Close
Naked
Skin on skin
Tears are falling
Tears of joy
Her first boy
His first girl
Makes a change
In a world full of nothing
Though it's not love
It means something

She's lonely
And he says
It's for her only
That he lusts
She doesn't trust him
Nothing is true
But he will do

In a world full of nothing
Though it's not love
It means something

It's easy to slip away
And believe it all

Though it's not love
It means something

(Depeche Mode)

czwartek, 7 stycznia 2010

Twarze przy barze



Nad barem blado połyskuje brudne szkło
Za barem barman poleruje armaturę
Na bramce żołnierz śpi ruchanie mu się śni
Kretyn przy barze adoruje głupią rurę

Barman ma minę jakby łykał żurawinę
Z tego powodu że mu płacą za godzinę
On chciałby gwiazdą być nie tak za barem tkwić
Swoje marzenia ma inaczej pragnie żyć

Siedzą przy barze smutne i te same twarze
Żeby coś przeżyć trzeba zażyć by extazę
Papieros pyk pyk pyk mętnego piwa łyk
Nikt jej nie prosi chociaż ma do tanga dryg

Tak płynie czas w oczekiwaniu na ofiarę
Kogoś kto szluga da postawi piwa dwa
Gdy się pojawia leszcz spada nań niczym kleszcz
W tym samym miejscu czeka następnego dnia

Tu prawie każdy mniej lub bardziej jest artysta
Z tego powodu chleje wódę aż do dna
Gdy się zaleje w bryzg żołnierz go wali w pysk
I tak tu wróci no bo dokąd uciec ma

Prawie każdemu tutaj w życiu coś nie wyszło
Bo gdyby wyszło czy by ciągle tkwili tu
Wypiją wódki dwie i pocieszają się
Że jeszcze gorzej żyje ten i ów

Czasami z nudów obgadują się nawzajem
Gdy ktoś wychodzi tyłek mu obrobić czas
Niewiele trzeba im krakowski mają spleen
I każdy z każdym leciał się choć jeden raz

Gdy ktoś umiera jest okazja do wypicia
Jeszcze żyjemy chociaż marne życie to
Gdy pogrzeb kończy się zajmują miejsca swe
Twarze przy barze w kolejce na dno

(Maciej Maleńczuk)

środa, 6 stycznia 2010

Sexy Doll

Isabel


















nieruchoma naga i plastikowa
mogę zrobić z tobą to... to co chcę
mogę cię odpychać i... i całować
mogę opowiadać ci zły sen
takie same usta masz rozchylone
takie same dłonie wciąż koją mnie
w otwór w plecach wpuszczam ci ciepłą wodę
jesteś żywa bądź tak... tak chcę
tak chcę tak chcę tak chcę...
na reklamach jesteś mi jakaś obca
na wystawach widzę wciąż siostry twe
nie zamykam na noc two- twoich oczu
wtedy patrzysz na mnie gdy śpięęęęęę...
nakręcane ręce obejmują mnie
nakręcane nogi obejmują mnie
nakręcane usta obejmują mnie
jesteś żywa bądź tak
bardzo bardzo chcę
tak chcę tak chcę tak chcę...
chcę... chcę... chcę... chcę...
na reklamach jesteś mi jakaś obca
na wystawach widzę wciąż siostry twe
nie zamykam na noc two- twoich oczu
wtedy patrzysz na mnie gdy... gdy śpięęęęęęę...
nakręcane ręce obejmują mnie
nakręcane nogi obejmują mnie
nakręcane usta obejmują mnie
nakręcane dłonie dotykają mnie
nakręcane ręce obejmują mnie
nakręcane nogi obejmują mnie
nakręcane usta obejmują mnie
nakręcane dłonie dotykają mnie
nakręcane ręce obejmują mnie
nakręcane nogi obejmują mnie
nakręcane usta obejmują mnie
jesteś żywa bądź tak bardzo bardzo
chcę... tak chcę... tak chcę... tak chcę...
tak chcę... tak chcę... tak chcę... tak chcę...
(Republika)


poniedziałek, 4 stycznia 2010

Ogrzej mnie



Dzień, czy noc, czy to skwar czy
też mróz, jednaka treść
nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence:
memu ciału wystarczy
trzydzieści sześć i sześć,
mojej duszy potrzeba znacznie więcej.
Memu ciału wystarczy
coś wypić i coś zjeść,
trochę pospać na boku, czy na wznak
i nasz cud gospodarczy
zapewnia mi to, lecz
moja dusza codziennie prosi tak:

Ogrzej mnie
wierszyku pełen cudowności,
wspólniku mojej bezsenności
ogrzej, ogrzej mnie!
Rozżarz mnie
niedokończona zdań wymiano,
cudowna kłótnio, w pół urwana
rozżarz, rozżarz mnie!
Ach, życie rozpal ogrzej duszę mą, bo skona,
do stu, do dwustu, do tysiąca, do miliona,
wsłuchaj się w duszy mojej prośby natarczywe:
Chcę mieć gorączkę! Give me fever!
Rozpal mnie
blada kuzynko Melpomeno,
jedną zagraną dobrze sceną,
rozpal, rozpal mnie.
Ogrzej mnie,
świecie utkany z głupich marzeń,
akordeonie w nocnym barze,
ogrzej, ogrzej mnie.

A świat na to odpowiada:
normalny duszy stan,
to nie musi być stan podgorączkowy,
pana trzeba przebadać,
przedsięwziąć jakiś plan
by te bzdurne problemy raz mieć z głowy!
Kombinują, badają
czy pies to, czy to bies
a mej duszy radości ciągle brak,
po staremu nadaje uparte SOS
po staremu codziennie błaga tak:

Ogrzej mnie
zażarta na ten świat niezgodo,
z którą rozstałem się tak młodo
powróć, ogrzej mnie!
Rozżarz mnie
chwilo szaleństwa i radości
mej tożsamości, niezmienności
dowiedź - rozżarz mnie!
Mój świecie rozpal duszę moją aż do końca,
mój śiecie zamień duszę mą w cząsteczkę słońca,
niech świeci w mroku, niech rozjaśnia dni parszywe
chcę mieć gorączkę! Give me fever!
Rozpal mnie,
słonecznikowa kresko krzywa,
złota Van Gogha perspektywo
rozpal, rozpal mnie.
Ogrzej mnie
miłości, której nie znam jeszcze
z wiosennych bzów liliowych deszczem
przyjdź i ogrzej mnie!

(W. Młynarski, W. Korcz)

Deep water



I'm drifting in deep waters
Alone with my self doubting again
I try not to struggle this time
For I will weather the storm
I Gotta remember
Don't fight it
Even if I
Don't like it
Somehow turn me around
No matter how far I drift
Deep waters won't scare me tonight
(Portishead)


sobota, 2 stycznia 2010

Johnny

Johnny, na urodziny twe
W prezencie dam ci mnie
Na całą noc.

Johnny, nim zdarzy się ten cud
Przyjdź ogrzej serca chłód
O czwartej po południu.

Johnny, na urodziny twe
W ramionach trzymaj mnie
Nim zblednie mrok.

Johnny, w marzeniach pragnę mych
By dzień urodzin twych
Trwał cały rok.

Johnny, na urodziny twe
Mieć możesz całą mnie
Przez długą noc.

Johhny, jak ja też o tym śni
Lecz nim to przyjdzie - przyjdź
O czwartej, hm.. po-po-łu-dniu... mmm.. ej, um halb vier.

Johnny, w urodzin twoich czas
Być możesz ze mną raz
Przez całą noc.

Johnny, w marzeniach pragnę mych
by dzień urodzin twych
Trwał cały rok.


piątek, 1 stycznia 2010

Nowy Rok





Zbrudziliśmy staroroczne dni
Trzeba oddać je do pralni by
Zmyć zdarzenia które nigdy już nie wrócą
Trzeba obrus na stół biały słać
Rzucić kartę która nie chce brać
Którą czas dni trzystu kilku zgniótł i wymiął

Nowy Rok się przecież zbliża
Nowe niesie kalendarze
Przywitajmy go przed furtką
Resztę czas pokaże
Nowy Rok się przecież zbliża
Tuszem oczy nam rozmaże
Ale wyjdą wszyscy razem
Resztę czas pokaże

Mroźnym styczniem oszołomi nas
Majem popchnie w akacjowy czas
Żółty liść jesieni wepnie w klapę
Starych ludzi wytnie portret z ram
Potem gdzieś wysiądzie w polu sam
Jak pasażer który jeździł rok na gapę

Ktoś się pewnie będzie głośno śmiał
To znów w kącie ktoś zapłacze sam
I marzenia poszybują aż do nieba
W tych marzeniach będzie jedna myśl
Którą trzeba się podzielić dziś
Żeby wreszcie w Polsce było tak jak trzeba

Nowy Rok się przecież zbliża...

(Pod Budą)